Dziś głosują Holendrzy
Piotr Wesołowski, Bruksela: ND | 2005-05-31 18:26:46
Dziś w historycznym referendum nad unijną konstytucją Holendrzy zapewne dołączą do Francuzów w swoim sprzeciwie wobec ustawy zasadniczej Unii Europejskiej. Wszystko wskazuje na to, że Holandia będzie drugim krajem, który powie "nie" planom Brukseli, co - z politycznego punktu widzenia - będzie gwoździem do trumny eurokonstytucji.
Sondaże opinii publicznej z tego tygodnia wskazują, że przeciw dokumentowi miałoby głosować około 60 proc. Holendrów. Choć referendum nie będzie wiążące, to wszystkie partie polityczne zapowiedziały, że uszanują wynik plebiscytu, jeśli weźmie w nim udział co najmniej 30 proc. uprawnionych obywateli.
Podobnie jak we Francji unijna konstytucja znajduje przeciwników zarówno w partiach lewicowych, jak i w tych postrzeganych jako prawicowe. Ci drudzy nie chcą unijnej polityki imigracyjnej i obawiają się, że dokument otworzy drogę do przystąpienia do Unii muzułmańskiej Turcji. Natomiast część lewicy uważa konstytucję za zbyt liberalną.
Wielu Holendrów jednoczy niechęć do brukselskiej biurokracji i rozmywania narodowej suwerenności w strukturach UE. Opór wobec UE wzmacnia w Holandii niepopularność euro, które w 2002 roku wyparło guldena, a także naciski Brukseli na redukcję narodowych wydatków.
Dzisiejsze referendum będzie pierwsze w historii tego kraju, współzałożyciela obecnej Unii Europejskiej. Prounijny obóz zwolenników konstytucji obawia się klęski, która zaprzepaści szansę na przyjęcie unijnej ustawy zasadniczej. Kilkumiesięczna kampania informacyjna na temat konstytucji i względna równość w podziale środków i dostępu do mediów dla obu stron sprawiły, że poparcie dla traktatu spadło z 60 proc. w lipcu 2004 r. do 40 proc. obecnie, a przewagę w tym tradycyjnie prounijnym kraju osiągnęli przeciwnicy dokumentu. W poniedziałek premier Holandii Jan Peter Balkenende dramatycznie apelował o głosowanie na "tak" mimo negatywnego wyniku we Francji. Szef holenderskiego rządu próbował jeszcze przekonywać, że "tak" dla konstytucji umocni pozycję Holandii w Unii.
Unijna konstytucja, aby mogła wejść w życie, powinna być ratyfikowana przez wszystkie 25 krajów członkowskich UE. W przypadku drugiego po francuskim "nie" Bruksela może mieć problemy z kontynuacją procedury w innych krajach. W tej sytuacji o przyszłości eurokonstytucji na pewno zdecyduje czerwcowy szczyt Unii w Brukseli, który będzie próbował znaleźć wyjście z tej sytuacji.
Przewodniczący pracom Dwudziestki Piątki Luksemburg nie chce na razie mówić o ewentualnych scenariuszach działania, ale w wypadku sprzeciwu dwóch narodów, które kładły fundamenty pod dzisiejszą Unię - Francji i Holandii, los unijnej ustawy zasadniczej wydaje się przesądzony.
Unijni przywódcy mogliby wówczas zaniechać dalszej procedury ratyfikacyjnej i kolejnych referendów konstytucyjnych. Ku takiemu rozwiązaniu skłania się np. premier Wielkiej Brytanii Tony Blair.
Co prawda konstytucja zostawia furtkę na wypadek, gdyby dokument odrzucił co najmniej jeden kraj - sprawą musiałaby się wtedy zająć Rada Europejska, czyli szczyt przywódców UE. Jednak - nieoficjalnie mówi się - że zapis ten przygotowano na wypadek, gdyby było to jedno z nowych państw UE. Wówczas Rada Europejska lub inny organ unijny mógłby wymusić na nim powtórzenie głosowania albo wykluczyć go z UE, a także prawdopodobne byłoby np. obcięcie funduszy. Kłopot pojawił się, gdy traktat odrzuciło państwo założycielskie Unii. Co prawda z załączonej do konstytucji niewiążącej deklaracji nr 30 pośrednio wynika, że staje się ona "martwa" po odrzuceniu jej przez ponad jedną piątą krajów członkowskich. Jednak nikt o zdrowych zmysłach w Brukseli nie będzie chciał tworzyć "nowej" Unii bez Francji czy Holandii.
Mikros³uchawka
Komentarze (0):
