Polska
02:54
5 min
Okazuje się, że wszystko zależy od etapu. Kiedy w początkach lat 90. trzeba było ugruntować zaprojektowany przy "okrągłym stole" porządek dziobania również w sferze rządu dusz, żydowska gazeta dla Polaków, czyli "Gazeta Wyborcza", a za nią, jak za panią matką, cały Salon, niczym kapitolińskie gęsi podniosły klangor, ostrzegając przed "państwem wyznaniowym" i "ajatollahami". Na tym etapie obowiązywał pogląd o konieczności przyjaznego rozdziału państwa i Kościoła, według modelu wypracowanego przez Wielki Wschód Francji 100 lat temu. Dzięki aktywności tajnych współpracowników (chodzi oczywiście o tajnych współpracowników "Gazety Wyborczej", bo innych przecież nie ma), uplasowanych na strategicznych pozycjach w "Kościele instytucjonalnym", zdezorientowani biskupi całkowicie utracili inicjatywę i odtąd już tylko bojaźliwie akomodują się do wytycznych wydawanych przez grupę "starszych braci" trzymającą władzę nad życiem duchowym polskich tubylców. W myśl tych wytycznych, w konstytucji z 1997 roku przeforsowana została zasada rozdziału Kościoła od państwa, co zostało poprzedzone preambułą opatrzoną inwokacją w duchu pobożności neutralnej światopoglądowo: "Panie Boże, jeśli jesteś, zbaw duszę moją, jeśli ją mam".