Pozostałe tematy: |
Uff, ale się zmachałem. Ale zawsze można zarobić trochę czasu i pieniędzy jadąc do firmy kilkanaście kilometrów na rowerze.
Wszystko byłoby OK, ale kiedy popatrzyłem kątem oka na srebrzystą Hondę szefa, to tak jakoś odniechciało mi się pracować...
Ale to nic, odwróciłem wzrok na przedmieście. Jechały dwie riksze podwożąc zadowolonych klientów a w oddali chłop orał pługiem ciągnionym
przez konia. To był mój świat i moja prawdziwa Polska...
Każdego dnia chciałem przenieść się z niej w świat Hond i każdy dzień utwierdzał mnie, że jestem od niego coraz dalej zamiast coraz bliżej.
Muszę oszczędzać swój rower bo niedługo nie starczy mi nawet na ten środek lokomocji.
Może ten dzień będzie inny niż zwykle i wydarzy się coś, co utwierdzi szefa, że jestem jego lojalnym pracownikiem ?
Ledwo rozpocząłem standardowe prace laboratoryjne i badanie próbek
z poprzedniej zmiany, usyszałem donośny głos od drzwi:
- Robimy farbę na zachód! Musi ktoś asystować z laboratorium!
- Oczywiście, ale dziś nie ma nikogo oprócz mnie...
- A co to urlopy pobrali!
- Nie, pani X chora a panią Y przeniósł pan sam do oddziału K.
Nie usłyszałem zgrzytu zębami, ale po minie mogłem się go domyśleć.
Zawsze tak było, ilekroć zwróciłem v-ce szefowi uwagę, że jest bęcwałęm, matołem, nieukiem gnojarzem i zasrańcem.
Inni też, jak i samo życie musiało mu to często wykazywać, bo stał się on bardzo podejrzliwy. Był już na tym punkcie zupełnie przeczulony
i nawet w dobrych rzeczach wynajdywał "dziury w całym".
Przez to firmie powodziło się coraz gorzej, ale o tym cicho-sza nie wolno było mówić, bo szefy właśnie wprowadzali jeszcze bardziej kretyński od
samych siebie system ISO, który spowalniał naszą firmę dodatkowo o połowę ale w ich mniemaniu mieli wtedy absolutną władzę i wiedzę o WSZYSTKIM, co się dzieje w firmie. Wiedzę może i mieli, ale ich percepcja była na poziomie mękola i przekrętasa spod budki z piwem. Z dobrych rzeczy robili oni wady wyrobu, a ze złych - zalety !
Ten sam system, z jeszcze lepszym skutkiem stosowali do ludzi. Swoich idiotycznych znajomych i chaotycznych krewnych, którzy nie nadawali się nawet na dobrych pastuchów czy szewców zrobili swoimi zastępcami i pozwalali im piastować wysokie stanowiska w firmie.
Ludzie ci nauczeni byli stale przytakiwać, z definicji nie mogli być mądrzejsi od szefów. Nie mieli krzty rzetelnej wiedzy, bo gdyby takaż pojawiła się u nich jakimś cudem to zostałaby wypleniona zaraz na drugi dzień przez Radę Nadzorczą, która nie tolerowała więcej niż czterech podstawowych działań matematycznych.
Pociotki te wprowadzały więc wszędzie bałagan, gnój i niechlujstwo, ale im się wydawało, że mają wszytko zorganizowane w najlepszym
porządku. Oczywiście, jak to neptycy tego pokroju cenili fajansiarstwo, byleby drogie i kupione w markowym sklepie, jak to właśnie nieuki
i oszuści mają w zwyczaju.
- To chodź pan, bo musimy odmierzać farbę ! Usłyszałem zza progu.
- OK już idę, ale mam nastawione badania...
- To zrobisz później ! No chodź !
- Ale... OK, już idę...
Na wydziale panował jak zwykle straszny smród. Grupa robotników stała na placyku z wagą i nad czymś debatowała.
- Mówię Ci, Edek, nie wejdzie 11 litrów do tej puszki !
- Ależ wejdzie! Wszytko zależy, jak będziemy lać!
- Jakbyś nie lał, to i tak nie wejdzie!
- A co opowiadasz!
Dołączył się magazynier :
- Na fakturze na te puszki pisało 10 litrów...
- To nic, że pisało 10 litrów. Zmierzymy gęstość farby i będziemy
lać na kilogramy, na wagę!
- Może i dobrze mówisz!
Edek schylił się i pobrał próbkę świeżej farby.
- To jest próbka farby do laboratorium! Musisz jak najszybciej
oznaczyć gęstość i nam przynieść! - powiedział do mnie Mistrz Wydziału.
Popatrzyłem, czy czasem facet nie kpi sobie ze mnie. Ale na jego twarzy malowała się powaga pomieszana z obawą przed v-ce szefem, że pracuje za wolno, za mało i źle.
Jego umysł pracował więc szybko. To, że niesprawnie tego już jego podwładni nie musieli wiedzieć, bo nie byli szkoleni jak on.
Ważne, że był szybki i śmigły.
Pomyślałem więc, że znowu się naćpał psychotropów i w mieszaninie z oparami farby dawało to taki właśnie efekt. W tym momencie
on był najważniejszy i nie należało wchodzić mu w drogę.
- OK, już idę. Mogę zrobić w tej temperaturze jaką ma, będzie szybciej, bo zanim ją zestudzę, chwilę minie...
- Nie, wszystko trzeba robić tak jak w procedurze ISO.
- Ale w czasie transportu temperatura i gęstość się zmieni...
- Rób jak w procedurze !
Wiąłem próbkę, obróciłem się na pięcie i szybkim krokiem pomaszerowałem do laboratorium. Oczywiście szybkim krokiem szedłem tylko, gdy mnie widzieli. Zadanie moje nie miało bowiem
żadnego sensu. Wchodząc do budynku pomyślałem sobie:
- W jaki sposób ci idioci i bęcwały chcą wlać 11 litrów do 10 litrowej puszki? Przecież to jest niemożliwe, jaka by mi gęstość nie wyszła!
No ale robotę trzeba było zrobić. Rozpocząłem chłodzenie farby, rozstawianie przyrządów i pomiary. W trakcie chłodzenia pomyślałem sobie:
- Gdybym chcociaż zmierzył w 40 stopniach, jakie ma farba, to gęstość byłaby niższa i lali by mniej na wagę, aby uzyskać owe 12 litrów.
Wtedy może by i weszła taka ilość. A tak naleją więcej i się nie zmieści. Ale - pan każe - sługa musi. Ja im dam dobry wynik w 20 stopniach, taki jak chcieli a oni niech sobie łby pourywają...
Po kwadransie miałem już wynik. Zostawiłem brudne przyrządy aby zanieść tym palantom wynik jak najszybciej.
- No i co wyszło ? Tyle ? Acha... Już dzielimy 11 litrów przez gęstość...
- Żeby wyszła masa trzeba pomnożyć litry przez gęstość a nie podzielić - powiedziałem cicho, nie zwracając się do nikogo aby broń boże nie urazić niczyjej godności osobistej, nade wszystko v-ce szefa.
- Ano tak, pomnożyć... - przytaknął delikatnie brygadzista.
- Mistrz i v-ce szef popatrzyli na niego takim wzrokiem, jakby powiedział, że właśnie nadleciało UFO.
- Pomnożyć ? Nieeee, zawsze się dzieliło! Niemożliwe !
- Dzieliło się, bo zwykle chcieliśmy obliczyć nalane litry z wagi - przypomniał elokwentnie brygadzista.
- Teraz trzeba zrobić odwrotnie - wyjaśniał i przekonywał opornych.
- Dobra, Wiesiek, mnóż.
Wiesiek wyciągnął z kieszeni super-kalkulator z 10-ma pamięciami funkcjami trygonometrycznymi i wielkim wyświetlaczem funkcji.
- Dobra. 11 RAZY 1,253 , tyle ci wyszła gęstość ? - zapytał mnie
- Tak, dokładnie 1,2531 !
- Ok, razy 1,2531.
- Wychodzi 13,7841. Tyle kilogramów musimy nalać!
Nadleciał brygadzista:
- Zmierzyliśmy sznurkeim ilość farby w baniaku, wyszło trochę za mało, więc dolaliśmy rozpuszczalnika!
- Laborant! Pobrać nową próbkę i zbadać gęstość i lepkość!
- Oczywiście, szefie!
Poszedłem szybkim krokiem do laboratorium. Farba była rzeczywiście trochę rzadsza. Pomyślałem sobie, że jak doleją coś jeszcze kilka razy, to pół zmiany mam już z głowy. A do przepatrzenia i podpisania było jeszcze 120 świadectw jakości, 20 badań
i 3 grube zeszyty wpisów...
Nie pomyliłem się. Ganiali mnie jeszcze dwa razy. Za czwartym razem przestałem myśleć, że przecież ta gęstość jest im absolutnie niepotrzebna...
Od godziny 18-tej miałem spokój z ta farbą, bo chłopaki lały na wagę te puszki. Poszedłem tylko raz zobaczyć. Było tak jak myślałem.
Puchy były lane grubo grubo powyżej maksymalnej kreski zrobionej przez producenta dla bezpieczeństwa. Starałem się nie myśleć, jak to się skończy. Klepnąłem na to świadectwa i jakieś inne idiotyczne świstki i - w świat! Kierowca już nie mógł się doczekać, stale ich popędzał i poganiał.
===========================
Za kilka dni v-ce szef latał po firmie, darł się na ludzi jak jasna cholera.
- O co chodzi ? - Zapytałem mojej koleżanki z produkcji.
- Dostał fax. Podobno gdzieś w Czechach zaczęło się lać z tych puszek.
Nie mogli tego dalej wieźć, celnicy się przypieprzali.
Teraz się drze na chlopaków, że źle i niedbale zadeklowali.
- Wiesz, to normalne, w końcu mamy lipiec... Farba się nagrzała i musiała gdzieś wypłynąć, bo zwiększyła objętość. Przecież puszki byłu nalane na full jak nigdy!
- Wiem. Ale nie powtarzaj tego przy v-ce szefie.
- Doskonale o tym wiem. Jakbyś miała czas, to zapraszam cię po pracy na fulla!
Uśmiechnęła się tak, żeby v-ce szef nie widział.
Zaraz pomyślałby, że to z niego się śmiejemy. A on był teraz bardzo ważną personą. Od niedawna był współwłaścicielem sieci supermarketów.
Ich akcje szły wciąż do góry. Pisali nawet o tym w gazecie "ASY PODKARPACIA".
Wracając do budynku mignęła mi jeszcze przed oczami srebrzysta Honda szefa i mój rower...
Opracowanie:
hotnews
Źródło/autorstwo:
leonardo(tutaj@)megapolis.pl

|
|